Moja włosowa historia - Małgosia

Są takie włosowe historie, które inspirują swoją intensywnością i wieloma zmianami jakie pojawiały się na głowie ich autorek, inne przyciągają nas przepięknymi zdjęciami, a jeszcze inne po prostu świetnie się czyta :) Ta dzisiejsza zdecydowanie należy do ostatniej grupy, nie umniejszając oczywiście włosom jej autorki, bo i te jak zobaczycie na końcu są piękne i zadbane :)


Cześć!
Mam na imię Małgosia, na codzień zajmuję się wychowaniem mojej małej córci i blogowaniem (chętnych zapraszam na http://missmargaryna.blogspot.co.uk/).
Moja włosowa historia (chyba tak się tu właściwie zaczyna) rozpoczęła się wraz z pojawieniem pierwszych kępek włosów na głowie. Oscyluje to w granicy trzeciego miesiąca życia, ale że wtedy jeszcze takie urządzenia jak prostownica czy suszarka były mi obce, przewinę trochę taśmę i wrzucę zdjęcia z kilku lat później.

W wieku 6ciu lat miałam naturalne, ciemnobrązowe wpadające w czarne włosy. I modną, jak mi się w przedszkolu wydawało, grzywkę ciętą od linijki przez tatę. Pozdrawiam tatusiu, czekam z nożyczkami na rewanż. (Już wtedy nie mogłam na siebie patrzeć trzeźwym okiem.)


To zdjęcie przedstawia mnie 10, mooże 11-letnią. Fryzura na tzw. Mariana, z uwidocznionym szpakiem i wysokim czołem. Na palcu brylant za 5 zł, a stylóweczka jak z wybiegu – wiem. Tak się nosiłam na głowie do końca gimnazjum (o zgrozo!).

We wrześniu 2003r. rozpoczęłam naukę w liceum, czułam się bardzo dorosła i ważna. Chciałam tę swoją ważność podkreślić także odważnym kolorem włosów – czarny. Trwały. Plus moja blada cera – wyglądałam jak z rodziny Adamsów. Bez charakteryzacji. Po kilku miesiącach znudziło mi się straszenie dzieci na osiedlu i postanowiłam pozbyć się feralnego czarnego koloru ścinając włosy...przed ucho. Zdjęć z tego okresu na Wasze szczęście nie posiadam. Z każdego namiętnie wycinałam swoją głowę.
Pamiętam, że w liceum zaczęłam przesadnie interesować się tym, jak „dbać o włosy”, co oznaczało dla mnie mycie ich co rano, suszenie suszarką mamy (2 stopnie ciepłego nawiewu), która pamiętała jeszcze czasu PRLu i bywało, że żarzyła się do czerwoności, wkręcając mi i przypalając czasem pojedyncze kosmyki. Dziwię się, że nie skończyło się samopodpaleniem. 

W tym czasie także pod choinkę dostałam wymarzoną prostownico-karbownicę (z przekładką), wartość rynkowa ok. 30zł, siła zniszczeń na mojej głowie - $$$$$$. Nie wiedzieć po jaką chorobę (choć ciśnie mi się na usta wiele cierpkich słów) prostowałam co dzień proste z natury włosy. Odrastały, a ja je paliłam. Mama nie mogła znieść mojego porannego rytuału mycia głowy, suszenia, prostowania i zabrała mi suszarkę. Nie ma? No problem – umyję, a potem wyprostuję lub pokarbuję mokre (historia prawdziwa). 

Wszystkim dziewczynom w moim wieku marzyły się randki, pierwsze miłości, spódniczki z jeansu, a mi – grzywka. Którą sama sobie ścięłam. A potem poprawiały ją fryzjerki, choć, jak mi się wydawało, mimo braku doświadczenia samej wychodziło mi to o wiele lepiej. Więc one cięły, ja poprawiałam i efektem tego miałam grzywkę jak firankę, od potylicy do potylicy, cała pucołowata buzia nie była przysłonięta ani jednym kosmykiem włosów. Na płeć męską działałam wtedy na zasadzie „patrz, idzie, spływamy!”. Wyglądałam bardzo nieschludnie, bo z racji tego, że mam cerę tłustą w strefie T, grzywka po kilku godzinach wyglądała nieświeżo i jakby ją czesano grabiami – rozchodziła się na wszystkie cztery strony. 

Z grzywką i byle jakimi szamponetkami doturlałam się do 2006 roku, gdy rozpoczęłam studia. Zmieniłam otoczenie, ale nawyków pielęgnacyjnych, jeśli o włosy chodzi, raczej nie. Jak patrzę teraz na zdjęcia z tamtego okresu, powinnam dostać bana za nadużywanie słowa „pielęgnacja”, bo moje rytuały (popularny szampon przeciwłupieżowy, suszarka wyższej klasy – 45zł, prostownica za 100zł, pierwsza z regulacją temperatury, a że już na to cacko zapracowałam, chciałam wycisnąć z niego wszystko i kręciłam temperaturę na 200 stopni) niewiele z nią miały wspolnego. Cud, że było co prostować – cienkie z natury włosy, pozbawione objętości obecnością grzywki, wisiały nędznie na mej głowie.


Po pięciu latach noszenia grzywki oświeciło mnie, O BOZIU!, żeby ją zapuścić. Przez ostatnie dwa lata studiów przebujałam się z czymś, co przypominało fryzurę na elektryka pieszczonego prądem. Ja żyłam swoim życiem, moje włosy swoim i tylko rano czasem przed lustrem drogi nam się krzyżowały. Oczywiście nadal eksperymentowałam z drogeryjnymi farbami, które nadawały blask na 5 minut.
 
Wraz z zakończeniem studiów i wypłodzeniem pracy końcowej obudziłam się pewnego dnia z tym błogim uczuciem – o kurrrde, wszystko zaliczone, studia zakończone, co tu teraz robić? A że nie było poza pracą zbyt wiele do robienia – postanowiłam przeczytać cały internet. I tak od tematu do tematu, ze strony na stronę, w końcu gdzieś natknęłam się na legendę o Anwen, kobiecie, która o włosach wie wszystko, również tych na głowie.
Poguglowałam, poczytałam i oniemiałam. Jak to, naprawdę istnieją dziewczyny, które trzymają na głowie odżywkę wymagane 3 minuty? Piją pokrzywę? O glutku nie wspomnę, dotąd kojarzył mi się tylko z jesiennym przeziębieniem. Na tamten czas moje włosy prezentowały się jak na zdjęciach powyżej.


 Zaczęłam czytać, głowa puchła, portfel chudł a ja wpadłam w wir testów. Postanowiłam za wszelką cenę zapuścić włosy, co mi się udało, ale nie wyglądały zbyt ładnie – poplątane, z rozdwojonymi końcówkami, matowe i bez życia. 
Do moich eksperymentów dołączyła koleżanka z pracy. Razem mieliłyśmy rano siemię, razem przygotowywałyśmy napary z pokrzywy, kozieradki, biegałyśmy po mieście za kolejnymi olejami, odlewając sobie po połowie nowości. Ona przerzuciła się na hennę, ja postanowiłam zrezygnować z farbowania drogeryjnymi farbami, cięcia na Ździcha i postawiłam na dziewicze włosy. Pamiętam, że każda z nas prowadziła dziennik włosowy, mierzyłyśmy co miesiąc postępy miarą krawiecką, radziłyśmy się siebie nawzajem. 

Bywały wzloty i upadki, przy jednym z nich okazało się, że nie wszystko tak samo nam służy. Po laminowaniu jej włosy były jak tafla, a moje jakby je ktoś wyżuł i wypluł. Bez blasku, bez życia, matowe. Wtedy odkryłam takie hasło jak /porowatość/. Regularnie już olejowałam włosy (dowodem moje otłuszczone powłoczki na poduszkę, których nie doprałam po dziś dzień), zabezpieczałam końcówki, po myciu maski pod czepek. Zero farb, szamponetek, fryzjerów unikałam jak brudas wody. 

Włosy rosły i powoli odwdzięczały mi się za tę ascezę. Z czasem przestałam masowo kupować wszystko, co polecają dziewczyny na blogu, bo znalazłam to, co służy moim włosom. Postanowiłam też zrezygnować z długości na rzecz jakości – odwiedziłam fryzjera i pozbyłam się rozdwojonych końcówek.


Na swoim sierpniowym ślubie miałam wymarzoną fryzurę, włosy wyglądały zdrowo, lekko (nie znoszę nadmuchanych upięć, tapirów, tony lakieru) i naturalnie. Mam też ładną pamiątkę z sesji, jak przystało na włosomaniaczkę!
Moja droga do zdrowych, naturalnych i błyszczących (czyli to, co króliczki lubią najbardziej) włosów może nie obfitowała w wartkie zwroty akcji, ale jakiś czas mi zajęło zrozumienie, co mi służy, a co nie. Pozdrawiam Anwen, na Twoim blogu nabiłam statystyk co najmniej na zakup mercedesa :), a wszystkim włosomaniaczkom przybijam piątkę i łączę się duchowo (brzmi jak sekta!) w waszych dążeniach do pięknych włosów. Nie mówię stop, nadal chcę dbać o nie, bo nie ma piękniejszej biżuterii dla kobiety nad zadbane, zdrowe włosy. Chętnie podglądam Wasze historie, może i moja będzie dla kogoś inspiracją. Jeśli nawrócę choć jedną miłośniczkę prostownicy, farbowania, czy odbierających uroku grzywek – warto było pisać to przez pół niedzieli z kilkumiesięczną Kluską na kolanach. Pamiętajcie – mniej znaczy więcej, a natury nie ma co na siłę zmieniać!
Wygląd włosów na dziś:

A oto, jak wygląda moja obecna pielęgnacja:

- czeszę włosy szczotką Tangle Teezer (mam cztery), zawsze rozczesuję przed myciem, nigdy nie robię tego na mokrych włosach;
- nie prostuję, nie kręcę, nie używam produktów do stylizacji (na własnym ślubie miałam wyjątkowo odrobinę lakieru), suszę od święta (czasem raz na tydzień, czasem na miesiąc) wyłącznie zimnym nawiewem;
- myję co 2-3 dni, jeśli bardzo się przetłuszczają – ratuję się suchym szamponem Batiste (2-3 razy na miesiąc);
- używam wyłącznie delikatnych szamponów dla dzieci, raz na tydzień oczyszczam Barwą Czarna Rzepa, lubię też serię szamponów i odżywek Joanna (len i rumianek, miód i cytryna to moje najnaj)
- po myciu maska pod czepek (najczęściej Altera z granatem) lub odżywka Garnier avokado i masło karite (mój top one, świetnie dociąża włosy);
- stosuję wcierki: jantar, kozieradkę, oleje: z migdałów na ¾ długości włosów raz na tydzień na noc + kokosowy do zabezpieczania końcówek;
- codziennie piję sok z mielonym siemieniem lnianym (inne wersje nie przechodzą przez moje gardło) – już nie pamiętam, kiedy chorowałam!
Iiiii to by było na tyle!
Pozdrowienia!
M.
Udostępnij

48 komentarze:

  1. Piękna historia, bardzo inspirująca:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna historia, naprawdę bardzo fajnie się czyta. :) A włosy długaśne i piękne! Bardzo podoba mi się Twój obecny (z tego co piszesz to chyba naturalny) kolor, cudny jest. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Historia jest na prawdę świetnie i lekko napisana, piękny efekt! :)

      Usuń
    2. Zgadzam się! Czytało się super :))

      Usuń
    3. Zgadzam się! Naprawdę czytało się super :))

      Usuń
  3. Piękne! Pozazdrościć! Gratuluję autorce i zaraz lecę obejrzeć bloga :)
    Dziewczyny, a teraz coś do was. Pomóżcie mi, bo rozpacz moja nie zna granic :D Otóż z natury mam włosy cienkie, kiedyś były chociaż gęste, ale wiele lat farbowania i innych włosowych błędów sprawiło, że stały się dość rzadkie. Są falowanie, aczkolwiek typ fal ciężko mi określić - takie "na pewno nie proste, ale też nie kręcone", każdego dnia falowały sobie inaczej, stąd problem w ich scharakteryzowaniu jednoznacznym. Natura obdarzyła mnie mysim blondem, więc osiem lat temu zaczęłam je farbować na ciemny brąz, który już po niedługim czasie stał się czarny i nikt nie chciał mi wierzyć, że czerni na włosy nie nakładałam nigdy. Dwa lata temu, po radykalnym ścięciu, zaczęłam w końcu świadomie o nie dbać, choć grzechy popełniałam i popełniam do dziś - drogeryjne farby, plastikowy grzebień, podcinanie "raz na ruski miesiąc" czy suszenie suszarką, choć nie za często, bo może dwa razy w tygodniu, w dniu zajęć. Ale jednak! :) Około trzech tygodni temu, pod wpływem impulsu (a to często najgorsze, co może być) zakupiłam w Rossmanie dwa UWAGA! rozjaśniacze. Wróciłam do domu, odpaliłam bloga Mysi i po przeczytaniu większości postów doszłam do wniosku, że to możliwe. Dziś będę blondynką. Kolor oczywiście wyszedł rudy. Z czapką na głowie poleciałam do sklepu po rudą farbę, nałożyłam ją i voila! Oto jestem w miedzi :D Po dwóch myciach kolor na długości stał się wypłowiały, przy skalpie prawie pomarańczowy, ale to akurat problem najmniejszy - na ten moment wszystko niemal się wyrównało - rudości i czerwienie po prostu sobie bledną, taki już ich urok. Mój problem leży w sianku, które z moich włosów się zrobiło. Suche, sztywne, matowe, po prostu zniszczone jak po trwałej. Staram się doprowadzić je do porządku, ale za nic w świecie nie chcą współpracować, pod wpływem zniszczeń przestały nawet falować - o zgrozo! Koczek ślimaczek odkształca je w coś okropnego, a przecież nie będę kręcić ich lokówką :) Pojedynczy włos stał się jeszcze cieńszy niż dotychczas, a myślałam, że to już niemożliwe. Podcięłam je sporo, ale i tak nadal są w opłakanym stanie, nawet po zaaplikowaniu wszystkiego, co teoretycznie mogłoby pomóc. Na ten moment moją pielęgnację mogę opisać w skrócie tak:
    - olejowanie codziennie na kilka godzin, oleje z wiesiołka, BDFM, lniany, ze słodkich migdałów, arachidowy.
    - myję odżywką, a właściwie maską - Kallosem. Spokojnie domywa oleje i szampon jest zbędny. Robię to codziennie, bo muszę :)
    - Maska co drugi dzień. Cieszy mnie niezmiernie, że w końcu moje włosy lubią proteiny! Z maskami wyprawiam na ten moment cuda, mieszam je, dodaję półprodukty, PEH-owe maski działają najlepiej - Dolce Anti Age + Natur Vital + Olej - zmiękcza najbardziej, działa najlepiej :)
    Ogólnie już ich nie suszę, delikatnie się z nimi obchodzę, zabezpieczam koncówki, wzbogacam odżywki, w skalp wcieram rycynę. Problemem jest to, że nie ma żadnego produktu, który chociaż zamaskowałby zniszczenia, który dałby wrażenie, że włosy wyglądają dobrze. Poza tym wypadają jak szalone, boję się okropnie, że niedługo zostanę łysa.
    I zastanawiam się czy jest cokolwiek, co mogłoby mi pomóc, czy np. Encanto albo Olaplex uratują je chociaż trochę. Jestem kompletnie bezradna. :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hej, moim zdaniem w jakimś stopniu pomoże Ci olaplex, miałam nim rozjaśniane włosy (miałam 5 odcieni blondu na głowie) i muszę przyznać, że włosy poprawiły się po nim bardzo. także jak masz możliwość to skorzystaj, sam zabieg pielęgnacyjny olaplexem nie powinien być aż tak drogi. Do tego kup koniecznie odżywkę z alterry granat i aloes, działa rewelacyjnie i na prawde mega nawilża przesuszone i zniszczone włosy. I jeszcze jedna odżywka jest świetna, niestety nie pamiętam nazwy, dostępna jest w Hebe, to taka wysoka brązowa buteleczka, jest tam olej makadamia przede wszystkim i chyba oliwka, ale mogę się mylić. ta odżywka jest WSPA-NIA-ŁA. Wydaje mi się że producentem jest L'biotica, pamiętam że wzięłam ją własnie ze względu na to że jest z tej firmy. kosztuje ok. 20 zł ale jest rewelacyjna. Powiem Ci, że to są dwa produkty które MUSZĄ być u mnie w łazience bo działanie jest genialne. Aha, i spróbuj mieszanek z mleczkiem pszczelim. Kiedyś się na nie skusiłam bo przypomniałam sobie, że kilka lat temu loreal miał odżywkę z mleczkiem pszczelim i była świetna. Teraz co jakiś czas dodaje mleczko do niektórych odżywek które okazały się niewypałem, i działają super. Także spróbuj i powodzenia :)

      Usuń
    2. Hm. Jeśli włosy są zniszczone to niestety ale niczym ich nie uratujesz. Na Twoim miejscu olejowalabym dalej włosy, wymieniała wcierkami wzrastające, może kozieradka. Spróbować olaplexu zawsze można, raczej nic nie zaszkodzi. Olej rycynowy jest ciężki i może wymagać wypadanie, dlatego bardziej wcierki. Sprobowalabym tez kosmetyków z silikonami żeby mocno zabezpieczaly te włosy przed dalszymi zniszczeniami.

      Usuń
    3. Wydaje mi sie ze szampon jest jednak konieczny, poniewaz zmywa wszystkie produkty ze skory glowy I oczyszcza skore glowy. Byc moze wlasnie od tego masz pozatykane pory skory glowy I wlosy wypadaja. Z wlasnego doswiadczenia polecam wcierac w umyta i oczyszczona skore glowy kozieradke. Mialam okres w zyciu gdy tez mi strasznie wypadaly wlosy i tez myslalam ze zostane lysa ale po okolo dwoxh tygodbiach wcierania kozieradki problem zginal I jak narazie nice wraca. Na porost baardzo poecam wcierke Joanna rzepa. Tez mam cienkie I delikatne wlosy I ciagle walcze o ich zdrowy wyglad. Pozdrawiam Ela

      Usuń
    4. Jesli masz taka mozliwosc to Olaplex czy keratynowe prostowanie daja najwieksza obietnice sukcesu, bo Twoje wlosy nie sa suche, tylko zniszczone. Ja bym z humektantami nie przesadzala, tylko postawila na emolienty i proteiny. Z takich dodatkowych krokow wprowadzilabym plukanki z siemienia lnianego, odzywke bez splukiwania (nie mgielke), jakies silikonowe serum (moze Mythic Oil?) na dlugosc... Odezwij sie koniecznie za jakis czas i daj znac co zrobilas i jakie to dalo efekty! Bede trzymac kciuki. :)

      Usuń
    5. kochana przede wszystkim ograniczyć te zabiegi pielegancyjne.
      olejowanie na kilka godzin codziennie? to szaleństwo.
      spróbuj pol h max raz w tygodniu.

      dwa to ograniczyc wypadanie. możliwe że masz zatkane mieszki włosowe od tej liczby kosmetykow...

      Usuń
    6. Hej! Jest jeszcze jedna rzecz o której przedmówczynie nie wspomniały - proteiny.
      To, że twoje włosy je lubiły nie znaczy że teraz po dodatkowych uszkodzeniach nadal im służą. Włosy przeproteinowane lubią udawać suche zniszczone siano, więc polecam zaaplikować oczyszczający szampon na naolejowane włosy, mocno emolientowo-humekantową maskę pod czepek i na to ds lub bs silikony.
      Jest to jednorazowa próba, jak zauważysz zmianę na lepsze to wiesz gdzie teraz iść, mam nadzieję, że nie będzie już tak drastycznie na głowie.

      Usuń
  4. Dziewczyny, przepraszam, że nie na temat, ale mam do Was ważne pytanie. Ostatnio strasznie zaczęły wypadac mi wlosy i podejrzewam, ze to przez stres (za miesiąc mam maturę i bardzo się tym przejmuję ;)). Jak w takiej sytuacji moglabym zmniejszyc wypadanie włosów?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może witaminy pomogą? I nie przejmuj się za bardzo, matura nie jest taka zła ;) Powodzenia!

      Usuń
    2. Przestać się stresować ;) jak problem tkwi "w środku" to ciężko będzie znaleźć coś co zadziała od zewnątrz. Może kozieradka, a wewnętrznie magnez, cynk, coś na wzmocnienie.

      Usuń
    3. Ja spróbowałabym wcierki Jantar (tak standardowo w wersji dla leniuszków :) wcieranej w skalp po każdym myciu, lub jeśli nie przetłuści to co wieczór na noc, mnie nie tłuściła, ale niektóre dziewczyny na to narzekają :) ) a poza tym jeśli nie pomoże to kozieradka, lub jeśli nie masz bardzo wrażliwego skalpu to marokańska maska do włosów planeta organica (moje cudo, ogranicza wypadanie a i na same włoski działa naprawdę świetnie !!!), a wewnętrznie co rano lub co wieczór kubeczek skrzypokrzywy :) powodzenia w walce z wypadaniem ! :)

      Usuń
    4. Mam identyczny problem - matura, wypadanie włosów, nie mogę sobie z tym poradzić, a że są długie, wydaje się, że są wszędzie. Na jesienne wypadanie włosów pomagała mi wcierka babuszki Agafii - teraz też zaczęłam wcierać, ale nie wiem, czy stresowe wypadanie włosów to powstrzyma... :(
      Ly.

      Usuń
    5. Matura ważna ale nie na tyle żeby się az tak tym przejmować, stresować to już w ogóle..

      Usuń
    6. Mi tez do niedawna bardzo wypadaly wlosy ale poszlam do lekarza, zrobilam badania i wyszło, że mam lekką anemie ale tez wiem że po prostu leciały mi włosy ze stresu. Od lekarza dostałam żelazo a od siebie zaczełam stosowac wcierki z kozieradki, kupiłam szampon Vichy Dercos i to chyba pomogło najbardziej. Piłam tez herbate ze skrzypu ale nie tak bardzo regularnie. Ah i jeszcze przed myciem wcietałam olejek łopianowy w skóre głowy z Green Pharmacy dostepny w Rossmanie za mniej niż 10 zl.Pozdrawiam

      Usuń
    7. Polecam olej z czarnuszki. Podobno kozieradka też świetnie działa

      Usuń
    8. Rozumiem, że nie każdy stresuje się takimi rzeczami, jednak ja jestem z gatunku tych wrażliwych, którzy boją się takich egzaminów :) dziękuję dziewczyny za rady, na pewno zaopatrze się w jakies witaminki i postaram się coś wcierac, tylko jestem ciekawa czy taka zewnetrzna kuracja coś da :/

      Usuń
    9. Zewnętrzna kuracja jak najbardziej ma sens! :) Pielęgnacja skalpu jest bardzo często pomijana, a to błąd. Skalp jest fabryką naszych włosów i jeżeli będzie odpowiednio zadbany, włosy będą rosły zdrowsze, mocniejsze i bardziej odporne na wypadanie :) Trzymam kciuki i koniecznie daj znać za jakiś czas czy coś pomogło (w razie czego jestem pewna, że razem wymyślimy coś nowego co może pomóc) i oczywiście jak poszła matura :)

      Usuń
    10. Nic od razu nie pomoże, ale postaraj się masować skalp podczas mycia głowy, używać wcierki (polecam jantar), nakładać olej rycynowy na skalp i dobrze się odżywiać! Po jakimś czasie powinny być rezultaty :)

      Usuń
  5. Boże jakie piękne włosy ♥

    OdpowiedzUsuń
  6. Super historia z humorem :):)

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękne ;-) rzeczywiscie czyta sie jednym tchem ;-) ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...jak powieść! :) i wartko było, a jakże! prawie że włosowy kryminał ;) kolor włosów z ostatniego zdjęcia i ten aksamit we włosach rozczulił mnie najbardziej. I jakże inny to odcień od poprzednich zdjęć już naturalnych włosów. Tak sam z siebie się zmieniał, ocieplał i matowił, nabierał refleksów czy to kwestia oświetlenia?
      Kloe

      Usuń
    2. Troche jasnieja mi latem, ale glownie to zasluga oswietlenia. Pozdrowienia!

      Usuń
  8. mam wrazenie ze bardzo duzo kobiet z wiekiem pieknieje bo ucza sie jak dbac o siebie co im pasuje jaka fryzura jaki make up.W wieku tych nastu czy nawet 20 lat jestesmy jak takie nieoperzone kurczaki ktore nie ogarniaja swojej urody.Moze sie stac ze kobieta z wiekiem wypieknieje ale jasli nie zadba o siebie to niestety nie(i zmieni sie w spocona kobiete z autobusu bez make upu i zaniedbana)

    OdpowiedzUsuń
  9. do Destiny:

    mi pomogło picie naparu z pokrzywy (nie herbatka tylko suszona)i płukanie w naparze z łopianu.

    OdpowiedzUsuń
  10. Świetnie piszesz ;)
    Cieszę się, że miałam łatwy dostęp do informacji dotyczących dbania o włosy, skórę etc. już w liceum. Przez to dzisiaj, kiedy już studiuję, jestem zadowolona z ich stanu, a całą pielęgnację mam w jednym paluszku. Pokolenie internetu jednak miało w wielu kwestiach łatwiej ;) A inna sprawa, że ominęła mnie moda na uparte prostowanie i inne drastyczne zabiegi. W tym miejscu chciałabym pozdrowić dyrektorkę mojego gimnazjum, która kategorycznie zabraniała farbowania włosów. Dochodziło do tego, że dziewczyny były zmuszone powrócić do naturalnego koloru :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Świetnie napisane, no i fantastyczna przemiana włosów! Pozdrawiam autorkę! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odwzajemniam! Puszę się z dumy po Waszych komentarzach jak lew w okresie godowym!

      Usuń
  12. Rany, ale fajne musi byc posiadanie takiej kolezanki-wlosomaniaczki! Ja od zawsze mam ten problem ze nie mam komu dac upust moim pomyslom/wrazeniom i to jest jeden z powodow, dla ktorych MUSIALAM zalozyc bloga - inaczej bym eksplodowala ;P Albo zrazila do siebie wszystkie znudzone moimi wynurzeniami kolezanki ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ładna historia:) z humorem i ładnymi włosami:)) ja się zbieram do napisania i zebrać nie mogę...

    OdpowiedzUsuń
  14. Poprawiłaś mi humor tą historią, jest super napisana. Masz piękne włosy!

    OdpowiedzUsuń
  15. Włosy mega ! Chociaż zastanawia mnie ten kieliszek winka u 6 latki :P :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, to przez grzywke! Na trzezwo nie dawalam rady ;)

      Usuń
  16. fajna historia :) i dzięki za zdanie"ze zrezygnowania z długości na rzecz jakości" ja właśnie dojrzałam do decyzji aby ściąć moje zapuszczone końcówki, bo wyglądają bardzo smętnie. pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  17. Kiedy będzie post o maskach emolientowych ? ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Świetna i bardzo motywująca historia. Gratuluję efektów!

    OdpowiedzUsuń
  19. Niestety, ale 90% kobiet nie ma pojęcia jak dbać o włosy, ale... Ty się do nich nie zaliczasz :)
    Świetna historia i gratuluję stanu w jakim są Twoje piękne włosy.
    Pozdrowionka! :D

    OdpowiedzUsuń
  20. przepiekne wlosy <3 zazdroszcze dlugosci i obejtosci ! :D

    OdpowiedzUsuń
  21. Cudowne włosy! A jakie zdrowe!

    OdpowiedzUsuń
  22. Przepiękne włosy, i bardzo fajnie napisana historia :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  23. świetna ta fryzura na wesele :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Pieknie napisane ;))) <3 uśmiałam sie :*

    OdpowiedzUsuń